poniedziałek, 28 listopada 2016

DZIEWIĘĆ

Blanka skaleczyła się w palec.
Na zgięciu serdecznego palca odstaje jej może dwumilimetrowa, oderwana skórka, obok niej mała, czerwona ranka.
A tej już płacz wisi na końcu nosa, żąda plasterka, teraz, natychmiast, już, bo boli, oj jak boli, sięgam więc do szafki, docinam odpowiedni kawałek i zaklejam skaleczony paluch, mówiąc bardzo poważnym głosem:

"Noooo, masz rację, musimy zakleić tę ranę, bo palec odpadnie!"

Blance oczy robią się wielkie jak pięć złotych, niby nie wierzy, ale coś ją jednak dręczy, więc pyta:

"Odpadnie? I co wtedy będzie???"

Wtedy do rozmowy włącza się Andrzej, rzucając do Młodej lekkim tonem:

"Będziesz liczyć tylko do dziewięciu..."


niedziela, 27 listopada 2016

BLOK

Blanka robi sobie samolociki z papieru. Ale nie chcą latać, pikują w dół zaraz po starcie i rozbijają się o podłogę. Jeden, drugi, trzeci, różowy, żołty, czerwony. Andrzej proponuje jej pomoc, prosi, żeby znalazła blok, to zrobią razem inny samolot, większy, taki, który daleko, daleeeeko poleci. 

Blanka zaczyna biegnie do pokoju, zaczyna grzebać w bałaganie na biurku, przerzuca książki, książeczki, zaczyna się złościć, denerwować, w końcu uderza w ryk:

"Nie mogę znaleźć, nie ma bloku, nie wiem, gdzie jest blok, nie mam nawet kartki, nie widzę bloku, nie wiem, gdzie jest bloook!"

Ojciec, żałując, że się wyrwał z propozycją, rzuca do beczącej córki:

"To ubierz się i wyjdź przed dom, to zobaczysz, nawet cały"

piątek, 25 listopada 2016

NAGŁA ZMIANA KLIMATU


Kąpią się w wannie pełnej zabawek. Chlapią się, piszczą, rzucają piłkami, chichoczą w głos. Kleją się mokre blond kłaczki do policzków, do czoła, śmieją się ślepia. Młócą wodę długie chude nogi, brodzą w niej łydki tłuściutkie i obłe jak parówkowa zwyczajna. Siedzę przy wannie na zielonym stołku i przyglądam się im z cielęcym zachwytem.

Bo takie fajne.

Nadzwyczajne. Oba. Trolle dwa. Śliczne, różowe i słodkie jak cukierki bez papierka.

Rozpływam nad nimi, taplam się w słodkim aż do mdłości, płynnym lukrze matczynej ckliwości.

Tymuś wstaje na nóżki w wannie, patrzy mi w oczy, uśmiecha się szeroko, tak pięknie jak tylko potrafi… i robi kupę.

Taśma z rzewną, egzaltowaną melodyjką  w mojej głowie zacina się ze zgrzytem i milknie.

Blanka z wrzaskiem i małpią zręcznością dosłownie w ciągu sekundy wypryskuje z wanny jak oparzona.

Tymuś  bardzo zdziwiony, że coś z niego wypadło, zaczyna płakać.

I to by było na tyle.

Dzieci.

środa, 23 listopada 2016

NO PO CO?


Formułuję postanowienia z okazji i bez niej. Zobowiązania wobec siebie, krótko i długoterminowe. Postanawiam, dorzucam w myślach „tak mi dopomóż” i gryzę się w język, bo wiem, co dalej.

I wszyscy święci.

Wszyscy święci balują w niebie, złoty sypie się kurz – śpiewał pod nosem mój ojciec nad  pełnym wiadrem ziemniaków. Emaliowanym na żółto, z drucianym pałąkiem, obitym na dnie. Obierał je cierpliwie, cienko, nucąc. Potem tarł śliskie kartofle i końcówki palców. Przez kuchenną ścierkę w drobną, czerwoną kratkę odciskał nadmiar wody z siniejącej brei. Mieszał z mąką, dodawał jajko.  Toczył między dłońmi miękkie wałki, formował, obtaczał i układał na drewnianej desce równe rzędy. W każdym dziesięć pyz, każda z wyraźnym śladem serdecznego uścisku tatowej ręki. Przykrywał ścierką i czekał aż woda dojdzie, a ja stałam i patrzyłam jak wskakują do ukropu, jedna po drugiej.
I mówił do mnie, żebym uciekała, uciekaj pyzo, bo jeszcze Ci pryśnie i będziesz płakała.
Moja ty pyzo malutka…

Mieszał drewnianą łyżką, wyławiał poszarzałe, kleiste kokoniki z jasną, twardą duszą w środku i znów układał na desce. Studził, kroił i smażył z jajkiem.
Przynosił do pokoju, stawiał przed fotelem krzesło,  choć było z obiciem, kładł na nim gazetę, na niej gorącą patelnie i włączał wiadomości. Zakradaliśmy się wtedy, wyskakiwaliśmy zza fotela jak dwa diabły z pudełka, z widelcami w rękach.

Zawsze był cierpliwy.
Miesiącami siedzieli razem w tym fotelu. Razem. We dwóch.

Mój tata i rak.

Razem we trzech.

Mój tata i ból.

Oj tata, po co ty umarłeś?
Jest tyle rzeczy do zrobienia. Wnuki do wzięcia na kolana i na wynos. Święta za pasem. Z pustym miejscem po Tobie, z  dziura jak po wyrwanym zębie.

Prysło. Zabolało. Nie przestaje.

Ciągle Cię nie ma.

poniedziałek, 21 listopada 2016

SZARUCHY

Blanka biega po domu w jasnoróżowcych rajstopach. Od momentu przyjścia z przedszkola, na boso oczywiście. Proszę ją, żeby je zdjęła, kilka razy. Potem wychodzę. Gdy wracam po godzinie, nadal w nich lata. Niestety rajstopy nie są już tak delikanie różowe. 
Ponawiam swoją prośbę, rzucając;

"Zobacz, jak one wyglądają, no obejrzyj te swoje kopytka, widzisz? Czarnuchy!"

Blanka siada na schodku, uważnie ogląda jedną stopę od spodu, potem drugą i precyzuje:

"Nieeeeee. Szaruchy"


czwartek, 17 listopada 2016

PIĄTA RĘKA

Wychodzimy z domu.  A raczej próbujemy wyjść.

Spóźnione tragicznie, bo młodszy zwiewał przede mną kaczym truchtem dobre pół godziny, uznając to za świetną zabawę, a kiedy udało mi się go złapać, przewinąć, to minutę później obsrał świeżą pieluchę i rozsmarował sobie dżem na bluzce.  Starsza najpierw nie chciała wstać, kiedy w końcu wywlekłam ją z pościeli po dobrych czterdziestu minutach, to z kolei nie chciała się ubrać, a kiedy nareszcie to (prawie) zrobiła, przy akompaniamencie ryków, wrzasków, lamentów i wyrzekań, to odkryła, że to nie ta bluzka. No nie ta, ona nie może absolutnie iść do przedszkola w zielonej bluzce ze zwierzątkami, ona musi włożyć różową z króliczkami. Zagryzając zęby tak, że mi wyszły pokrywą czaszki, odnalazłam pudrowe paskudztwo. Założyłam wyjącej pięciolatce. Wbiłam oboje w buty, jedno siłą, drugie przy użyciu gróźb karanych. Założyłam kurtki i czapki obojgu stosując metodę jak wyżej. Zapchałam Blankę bananem, bo zaczęła jeszcze miauczeć, że głodna, nic dziwnego, o tej porze powinna już jeść śniadanie w przedszkolu.

I już miałyśmy wychodzić, stałam już pod drzwiami, spocona jak świnia, zła, że świadomością, że żadne z nich nie zdąży na śniadanie, a ja do pracy, Tymkiem ciężkim jak kloc w tuli, z torbą na ramieniu, z reklamówką pieluch i kluczami w jednej ręce, dwoma parasolkami , rękawiczkami i zapinką od smoczka  w drugiej.

I wtedy ona to zrobiła.
Wręczyła mi swojego banana i zakomenderowała:

"Potrzymaj mi, bo muszę sobie zapiąć kurtkę do końca"

Kiedy to usłyszałam, tylko absolutny brak wolnej, piątej ręki powstrzymał mnie przed urwaniem jej tego blond łepetynki....

wtorek, 15 listopada 2016

TO MYSZ WYGRYZŁA MAMO...

Futryna łuszczyła się, zrzucała jasnobrązową, olejną farbę jak wylinkę. Siedziałam w progu, opierając się o nią plecami i zdrapywałam ją machinalnie, odruchowo paznokciami, małe łuski farby wrastały mi pod płytkę. Nogą rozpierałam framugę, jakby dało się ją poszerzyć i blokowałam psu wyjście na dwór. Zwykle przez chwilę merdał ogonem, patrzył na mnie znacząco, a potem pokonywał tę barykadę bez większego wysiłku, jednym skokiem. W linoleum tuż przy drzwiach była dziura.

 A ja od rana osiadałam w plamie słońca, drzwi miały dokładnie szerokość mojej wyciągniętej nogi, tkwiłam tak pod kątem dziewięćdziesięciu stopni, idealnie wpasowana  w dwa boki prostokąta.

Siedziałam i jadłam pajdę ciepłego chleba, krzywo krojoną, posmarowaną grubo miękkim masłem, z plastrami pomidora prosto z pola i cebulą krojoną w krążki. Na podwórku olbrzymie, stare topole, które zasadził mój dziadek trzepotały tysiącami liści, a ja siedziałam w progu jak kocur, wygrzewałam się i smakowałam nowy dzień.

Miał zapach ciepłego, gliniastego chleba, z rumianą,  brązowozłotą, chrupiącą skórką, w której już w drodze ze sklepu robiłam palcami  dziurę, wyrywając kawałek po kawałku, żeby dogrzebać się do gorącego, wilgotnego wnętrza, do mięsistych wnętrzności.